W ciągu ostatnich 20 lat swojego życia przeprowadzałam się 10 razy. I mam świadomość, że to jeszcze nie koniec.
Nie wiem czy to dużo czy mało. Pewnie to zależy od osobistej perspektywy. Wiem natomiast, że fakt ten całkowicie zmienił moje podejście do materii, do miejsc, przedmiotów, do ozdób, symboli wspomnień.
Byłam wysoko wrażliwą sentymentalną nastolatką, pisałam pamiętnik, zbierałam pamiątki. Każdy kamyczek, listek, bilet, który zachowywałam był ważny, miał dla mnie wartość. W domu rodzinnym miałam swój pokój i tzw. meblościankę po całej szerokości, czytaj: dużo szafek, półek do upychania rzeczy, pamiątek i ogólnie wszystkiego. U nas się nie wyrzucało starych rzeczy, mogły się przecież jeszcze kiedyś przydać. To co zepsute, naprawiało się. Przestrzeni i miejsca na składowanie rzeczy w całym gospodarstwie było sporo. W tamtych realiach dostęp do pewnych możliwości (zakupowych) był ograniczony. To wtedy wydawało się logiczne i miało jakiś sens.
A potem wyszłam do własnego życia, popłynęłam na tej fali. Pierwsza przeprowadzka, kolejna... Siłą rzeczy zaczyna się wtedy odczuwać dosadniej wagę posiadanej materii. Zaczęłam bardziej uważnie dokonywać wyborów, przyglądać się temu, co jest w moim życiu i dlaczego, co ma teraz sens a co jest iluzją.
Jednocześnie, z czasem, znajdowały mnie różne materiały związane z declutteringiem, syllogomanią, porządkowaniem, a następnie szeroko pojętym rozwojem osobistym. Przewinęły się: literatura, materiały wideo, warsztaty i doświadczenia - m.in. minimalizm w duchu Marie Kondo; Margareta Magnusson i Jej skandynawskie podejście z perspektywy życiowej mądrości; Peter Walsh - o uwalnianiu się od rzeczy, które trzymają nas w miejscu (również mentalnie); a ostatnio nawet wiedzy z obszaru ustawień helingerowskich. Więcej na ten obszerny temat rozmaitych doświadczeń postaram rozwinąć się w kolejnych wpisach.
Im dłużej interesowałam się tematem, tym bardziej czułam, że to nie o szafy tu chodzi. A przynajmniej nie tylko. Bo w pewnym momencie zauważyłam, że kiedy układam przestrzeń wokół siebie, coś zaczyna układać się również we mnie. Jakby każdy przestawiony obiekt, odpuszczony przedmiot robił miejsce na świeży oddech, a każdy uporządkowany kąt otwierał we mnie nową przestrzeń - na wiele rzeczy i na siebie samą.
Dawało mi to wiele do myślenia - praktycznie i metafizycznie. Dotarło do mnie w którymś momencie, że życie to podróż, a "dom" to nie budynek, nie konkretne miejsce, a stan ducha. Poczułam, że dom to ja 🙂 I to ja się w nim tak a nie inaczej urządzam.
Pytania narodzone:
🤔 Jak to jest czuć się "jak w domu"?
🤔 Jeśli dom to ja - co symbolizuje wszystko to, co mnie otacza? I jak to wpływa na mnie?
🤔 Jak to się zadziewa? W którym momencie coś staje się moje, a w którym przestaje takie być?
🤔 Czy i jaki ma sens zatowarowanie swojej życiowej przestrzeni w rzeczy "na wszelki wypadek", na niewiadomą przyszłość?
Dodaj komentarz
Komentarze